Małgorzata Pierz rodowita zakopianka, na co dzień Dyrektor Finansowo- Księgowy Grupy TRIP w Zakopanem 9 tego grudnia razem z synem Danielem Mizerą weszli na Piramidę Carstenza ( 4884m. n.p.m) w Indonezji, ostatni szczyt, którego brakowało im do zdobycia „ Korony Ziemi”
MZ: Gdy patrzę na Ciebie, elegancko ubraną kobietę na wysokich szpilkach trudno mi uwierzyć, że zdobyłaś „ Koronę Ziemi”
MP: Jak widzisz pozory czasem mylą, zresztą nie tylko ciebie. Jest coś w tym co mówisz. Przewodnik Piotr Konopka przed wyjazdem na Mont Blanc, gdy spojrzał na mnie w czasie pierwszej rozmowy, powiedział, że musi sprawdzić mnie i to dwukrotnie.
MZ: Zdałaś test?
MP: Wspinaliśmy się na Zamarłej Turni, w Tatrach, przeszliśmy Orlą Perć. Był ze mnie zadowolony. Wcześniej dostarczałam sobie adrenaliny w inny sposób :skakałam ze spadochronem, albo na bandzi. To wszystko było za mało. Któregoś dnia pomyślałam o „Koronie Ziemi” i zaczęłam marzenia wcielać w rzeczywistość.
MZ: W przedsięwzięciu towarzyszył ci syn Daniel Mizera. To pierwszy tego typu team w historii zdobywców tego projektu. ?
MP: Istotnie, po raz pierwszy powiedzieli nam o tym amerykańscy dziennikarze pod Everestem. Pojawili się tam, by zrobić wywiad z pierwszym na świecie trzynastolatkiem, który wchodził na Everest w ramach projektu „Korona Ziemi”. Na razie jesteśmy razem z synem jedyni w tej kombinacji.
MZ: W ekstremalnych warunkach bliskie relacje pomagają?
MP: Mnie bliskie partnerskie relacje pomagają, nie mogłabym tak jak Wanda Rutkiewicz chodzić samotnie, lubię z kimś dzielić emocje. Z czasem nasze role ustaliły się . Zajmowałam się logistyką, finansami. Daniel ogarniał sprawy techniczne, dbał o nasz sprzęt, czasami sprawdzał czy jestem dobrze przygotowana, gdy szykowało się coś trudnego .Z drugiej strony w sytuacjach ekstremalnych, gdy utknął w czasie 40-metrowego trawersu z jednego szczytu na drugi w czasie wspinaczki na Piramidzie Cartenza, mój strach o niego sięgnął zenitu. Myślę, że gdyby był to kto inny, mniej bym to przeżywała. Lina, na której mieliśmy trawersować , była zalodzona, Daniel zamiast puścić na pierwszy ogień indonezyjskiego przewodnika zaczął trawersować. Zatrzymał się w 3/ 4 drogi na 40 minut. Z wyrazu jego twarzy widziałam w jakim jest stanie, a gdy mu zbielała, zrozumiałam, że jest u szczytu wytrzymałości. Nie będę nawet opisywać co wtedy przeżyłam. Na szczęście zebrał się w sobie, dokończył trawers i wyskrobał się na skałę.
MZ: W listopadzie, tuż przed wylotem w kierunku Piramidy Carstenza odczuwałaś niepokój, czy był on uzasadniony?
MP: Przeczucia czasem nie mylą. Był to bardzo ciężki wyjazd. Przede wszystkim zostaliśmy oszukani przez indonezyjską agencję zajmującą się takimi wyjazdami. Szliśmy trudniejszą drogą ze względu na nasilające się w tym okresie konflikty plemienne. Dżungla w górskich warunkach była niewyobrażalnie trudna, szliśmy cały czas pod górę. Nie było wytyczonej ścieżki. Trzeba było przebijać się przez bujną roślinność, powalone drzewa, bagna, przechodzić przez konar drzewa rzucony w poprzek rwącego górskiego strumienia nadzianego ostrymi kamieniami. Wdrapywaliśmy się na jedno zbocze, schodziliśmy, by wejść na kolejne. Szliśmy całe dnie. Przynajmniej trzy razy w ciągu doby dopadała nas tropikalna ulewa. Wieczorem ubabrani po pachwiny rozbijaliśmy namioty w błocie. Na dodatek przy takim wysiłku chodziliśmy głodni, choć agencja zobowiązała się do zagwarantowania 3 posiłków dziennie. Rano dostawaliśmy kromkę chrupkiego chleba i dwie tubki z polewą do lodów. Na lancz, który jedliśmy późnym popołudniem, była miska ryżu polana mięsem z tubki. W drodze powrotnej chleba było jeszcze mniej, herbata też się skończyła. Po 6 dniach stanęliśmy pod ścianą na wysokości 4200metrów.
MZ: Martyna Wojciechowska przyleciała po ścianę samolotem.
MP: Tak, wiem, ja wolałam na własnej skórze przeżyć dżunglę, bo pewnie nigdy już tam nie dotrę. Teraz gdy wróciłam, nie żałuję.
MZ: Niektórzy ( zwłaszcza, gdy nie udało im się wejść) twierdzą, że zdobycie Everestu dzisiaj to tylko kwestia kasy , dowolnej ilości tlenu i dobrych przewodników.
MP: Everest dla każdego jest tak samo trudny do zdobycia. Ja wolałam wejść z agencją, ponieważ miałam większy komfort. Nie trzeba samemu przygotowywać posiłków. Jest większe poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeśli jest to wejście komercyjne to wspiąć się trzeba na własnych nogach. Nie miałam problemu z chorobą wysokościową, czułam się dobrze na każdej wysokości. Tlen zaczęłam używać od 7700, choć przewodnik nakłaniał mnie do tego dużo niżej. Daniel gorzej znosił wysokość. Miał kłopoty już na Kilimandżaro, na Mont Blanku też. Na Evereście zaczął oddychać tlenem na 6600metrach.
MZ: Everest- czy po nim każdy szczyt był łatwiejszy?
MP; Niełatwy był również Mount Vinson (4897 m.n.p.m) na Antarktydzie. Porównywalna do trudów na Evereście, okazała się indonezyjska dżungla, aby ją przejść musiałam zmobilizować wszystkie siły, a nawet sięgnąć do ostatnich zasobów.
MZ: Którą wyprawę pamiętasz najbardziej i z jakiego powodu?
MP: Znowu Piramida, może dlatego, ze niedawno wróciłam i wspomnienia są najświeższe, a poza tym byłam zmęczona przejściem, mokra, strasznie głodna. Po krótkim odpoczynku, weszliśmy od razu w skalną ścianę. Gdy byliśmy już pod wierzchołkiem zaczął padać śnieg. Na szczycie byliśmy wykończeni.
MZ: Ile lat zabrała ci realizacja projektu „ Korona Ziemi”, ile cię to kosztowało?
MP: Realizacja zabrała nam 9 lat od 2004- 2012r, z jednym rokiem przerwy, kiedy Daniel złamał nogę jeżdżąc na snowboardzie.
MP: Wyjazdy dawały mi wielką satysfakcję i ulubioną adrenalinę, sprawiały, ze byłam szczęśliwa. Zobaczyłam góry na innych kontynentach, poznałam ciekawych ludzi. Pieniądze nie są tu najważniejsze, choć wydałam ich dużo. Dokładnie ich nie policzyłam.
MZ: Gdzie najbardziej ucierpiała twoja kobiecość?
MP. Nigdzie nie było łatwo pod tym względem, ale znowu na pierwszym miejscu wymienię Piramidę i pot zmieszany z błotem jaki tam zostawiłam ,bez możliwości skorzystania z jakichkolwiek zdobyczy cywilizacyjnych w dziedzinie higieny przez całe2 tygodnie.
MZ: Jesteś osobą zapracowaną, świat liczb wymaga konkretnego czasu, dużo trenowałaś po pracy?
MP: Trenowałam bardzo dużo. Właściwie każdego dnia po pracy, gdy nie padało, biegłam doliną Strążyską na Giewont i już w ciemnościach z latarką zbiegałam w dół, to moja ulubiona droga treningowa, na tej liście jest tez Orla Perć, Pięć Stawów przez Roztokę. Tatry dają wiele możliwoś. W weekendy planowałam dłuższy trening. Byłam na Grossglockner (3798m.n.p.m w ) w Austrii, na słowackim Gerlachu (2655m.n.p.m) A gdy była brzydka pogoda wyciskałam poty na siłowni. Grałam w skłosza. W tym temacie mam przykre wspomnienie, gdy trenowaliśmy razem z synem, przypadkowo oberwałam od niego kijkiem do gry w łuk brwiowy. Upływ krwi był tak duży, ze musiałam go tamować dużym ręcznikiem. Bałam się go zdjąć, wydawało mi się, że straciłam oko. Na szczęście skończyło się dobrze, pozostało na swoim miejscu.
MZ: Co dalej, przecież najwyższą górę już zdobyłaś?
MP: Na razie dochodzę do siebie, po trudnej wyprawie na Piramidę Cartenza. Na pewno dalej będę aktywna w górach, ponieważ odnalazłam właściwą dla siebie adrenalinę.
Rozmawiała Majka Ziarko