W Polsce uznawana jest za najlepszą wykonawczynię muzyki latynoamerykańskiej, której nadała nowe, elektroniczne brzmienie. Śpiewa i tańczy flamenco-niezwykle ekspresyjną i rytmiczną a zarazem najpopularniejszą muzykę etniczną na świecie, wywodzącą się z Andaluzji. Lubi śpiewać bolera - pełne uczuć ballady opowiadające o miłości. 9 lutego 2012 tego roku dała koncert w Zakopiańskim Dworcu Tatrzańskim z okazji promowania nowej płyty „IMAN”.
Z Magdą Navarrete rozmawiała Majka Ziarko.
MZ: Kiedy wzięłaś oddech i zaśpiewałaś ,wbiło mnie w fotel. Dawno nie miałam takich emocji. Zdajesz sobie sprawę jak działasz na publiczność?
MN: Rzeczywiście czasem czuję moc sprawczą. Ale nie zawsze tak jest. To zależy od publiczności. Na każdym koncercie jest inna. Bywa, ze trudno ją rozruszać. W końcu zawsze się udaje, w mniejszy lub większy sposób.
MZ: Jak przyjęli cię Zakopiańczycy?
MN: Nawiązaliśmy porozumienie, gdy wydobyłam z siebie pierwszy dźwięk. Lubię, gdy ludzie reagują spontanicznie, wtedy wiem, ze moja muzyka do nich trafia.
MZ: Z tego co czytałam, jesteś szczęściarą, spełniłaś dziecięce marzenia. Rzadko komu się to udaje.
MN: Mam świadomość, ze to niezwykłe. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, ze będę śpiewała właśnie taką muzykę. Rówieśniczki skakały na skakance, ja ćwiczyłam gamy i tańczyłam. Co wcale nie znaczy, ze miałam smutne dzieciństwo. Znajdywałam również czas na zabawę z dziećmi. Ale zawsze ważne było to, co będzie dalej. Już wtedy wyobrażałam sobie, że będę podróżowała , koncertowała, nauczę się kilku języków. Dlatego nie byłam zdziwiona, gdy w Urugwaju podczas mojej pierwszej wizyty, czułam się jakbym tam mieszkała od zawsze.
MZ: W Polsce jesteś najlepszą wokalistką w tej dziedzinie muzyki. Jak odbierają cię w krajach skąd ona pochodzi?
MN: Trudno jest konkurować z ideałem. Staram się w tą muzykę włożyć nowego ducha. Wzbogacam ją o nowe elementy. Jak by ci to powiedzieć, robię muzykę fuzyjną. Muszę przyznać, ze im się to podoba.
MZ: Można powiedzieć, ze tworzysz pomost transformujący elementy kultur miedzy różnymi krajami
MN: W jakimś sensie tak. Jest to naturalne, gdy się tak dużo koncertuje w różnych krajach. Jestem uważna na to, co tam znajduję, staram się uczestniczyć w prawdziwym życiu. Rozmawiam ze zwykłymi ludźmi, słucham ulicznych muzyków. Szukam płyt winylowych, by odnaleźć w nich dawne brzmienie odchodzących pokoleń. Na pewno zostawiam tam też siebie. Sama czerpię od nich wiele inspiracji.
MZ: Co ta muzyka ma takiego w sobie, ze tak porusza wnętrze?
MN: Rzewność, tęsknotę, pragnienia, marzenia. Mogę wytłumaczyć ci to na prostym przykładzie. Cyganie włożyli w świat flamenco nostalgiczną cząstkę wielu istnień. Kochają tęsknić za czymś nieokreślonym, na przykład gdy śpiewają o wielkiej miłości do kobiety o niebieskich oczach, która prawie zawsze jest poza ich zasięgiem, a żenią się z Cyganką.
MZ: Czy tradycyjnie brzmiące, pełne tęsknoty, trochę jednostajne, by nie powiedzieć nudne, w twoim wykonaniu w połączeniu z elektroniką zyskuje nowy wyraz?
MN: Jak najbardziej. Pozostaje dalej tym gatunkiem, ale jest wzbogacone o nowe szczegóły, które dają mu inny wymiar i odrobinę pikanterii.
MZ: To co robisz jest przeznaczone dla wąskiego grona słuchaczy, wymaga kameralnych pomieszczeń, - jakoś nie widzę ciebie w Katowickim Spodku, wśród tłumów wymachujących marynarkami.
MN: Rzeczywiście, im mniejsza sala, tym lepiej nawiązuję kontakt z publicznością. Kiedy gramy na scenie w teatrze też jest inaczej, muszę dłużej nawiązywać bliskość z ludźmi. W Katowickim Spodku mogłabym wystąpić na moich zasadach, ubrana w skórkowe spodnie (śmiech) oczywiście to żart. W takim miejscu mogłabym zaśpiewać z orkiestrą symfoniczną. To byłoby wyzwanie, ale ja lubię eksperymentować.
MZ: A zaśpiewałabyś do kotleta?
MN: ( śmiech) Jak najbardziej, ale do wysmażonego, już po zjedzeniu i w innym pomieszczeniu.
MZ: W twórczości najważniejsze jest prawda i szczerość oraz odrobina ekshibicjonizmu, zgadzasz się ze mną?
MN: Najważniejszy jest kawałek siebie, który wkłada się w występ. Wtedy sztuka jest prawdziwa i działa. Albo się to ma, albo nie. Ja mam szczerość do bólu. Gdy stoję na scenie, zatracam się na tę chwilę. Odpływam gdzieś daleko w inne wymiary przestrzeni. Muzyka jest moja pasją na scenie i poza nią.
MZ: Na scenie jesteś perfekcyjna i wyluzowana jednocześnie. Miewasz tremę?
MN: Mam odrobinę, na szczęście nie działa ona na mnie paraliżująco, lecz mobilizująco.
MZ: Jestem pod wrażeniem twojego tańca. Urzekła mnie spójność miedzy tym jak śpiewasz i tańczysz. A poza tym widać w tobie radość z tego co robisz.
MN: U mnie jest to naturalne, urodziłam się z tym. Poza talentem, który dostałam od Boga, spędziłam wiele lat nauki u najlepszych mistrzów w Ameryce Południowej., Hiszpanii, wszystko to złożyło się w całość. Poza tym mam wewnętrzna radość z tego co robię i dlatego widać to na scenie.
MZ: Czy muzycy z którymi występujesz są dla ciebie ważni?
MN: Bardzo ważni. Porozumienie, które czuje się miedzy nami na scenie przenosi się na jakość muzyki. Ich wyluzowanie poprawia mój nastrój. Nie łatwo tak się dopasować. Mnie zdarzyło się to pierwszy raz przy projekcie „ IMAN”
MZ: Zakopane było ostatnim etapem promocji tej płyty, opowiedz o niej.
MN: Płyta jest efektem pracy z Marcinem Świderskim, z którym współpracuję od lat . Są na nich stare bolera w nowej aranżacji, a także polski akcent, dwie piosenki z lat 40 tych, które śpiewam ze Stanisławem Sojką po hiszpańsku, oraz nowe utwory, które napisaliśmy razem z Marcinem.
MZ: Jak wspominasz współpracę z Sojką?
MN: Byłam zachwycona jego entuzjazmem. Okazało się, że marzył, by zaśpiewać po hiszpańsku.
MZ: Myślę, ze po tym koncercie masz w Zakopanem wielu wielbicieli, zostałaś entuzjastycznie przyjęta. Kiedy znowu zaśpiewasz dla nas?
MN: Czułam wokół siebie dobrą energię, sympatię. Widziałam, że dostarczam im wielu wzruszeń.
Spodobali mi się ludzie których tu spotkałam, ich otwartość, szczerość w odbiorze sztuki. Góry, na które często można patrzeć, bo widać je z okien niektórych domów. W takiej scenerii łatwiej żyć. Wrócę tu jak tylko będę mogła.
Rozmawiała Majka Ziarko